Ostatnio wiele rozmyślałem na temat religii jako takiej, po co jest ona człowiekowi i jakie cele ma spełniać. Doprowadziło to mnie do pewnego spostrzeżenia. Niestety nie jestem w stanie sprawdzić, czy już ktoś tego nie napisał, więc jeśli ktokolwiek gdzieś o tym czytał, to bardzo proszę powiadomić redakcję! Chętnie sam poczytałbym więcej literatury z tym związanej!
Ale przejdźmy do rzeczy. Otóż każda pierwotna społeczność, z której wytworzyły się obecne ludy czy narody, po pewnym czasie wytworzyła system wierzeń. Co więcej, zawsze był to system politeistyczny. Powstawała pewna ideologia, która zapewniała systematyzację życia społecznego oraz dawała większą władzę i kontrolę na społeczeństwem. Co więcej, w czasach tworzenia mitologii każdej z religii, wszystkie te społeczności miały podzielony system władzy, niezrzeszony w jednym organie. Bo co prawda istniał wódz wioski czy plemienia, ale dopiero kilka plemion czy wiosek tworzyło jakąś nację czy wyodrębniony krąg kulturowy. Dodatkowo w takich społecznościach ważną rolę odgrywała starszyzna/szamani/mędrcy/wróżbici, więc można z dużą dozą pewności powiedzieć, że władza nie była utożsamiana tylko i wyłącznie z jednym człowiekiem. Tak więc podzielona władza – jako normalny stan – współdziałała z wielobóstwem – również jako naturalnym porządkiem rzeczy. Co więcej, wiele plemion miało swojego mitycznego założyciela czy wodza, generalnie osobę, która dała początek odrębności tej społeczności. Dokładnie ten sam proces zachodził w religii. Ówcześnie rządziło światem wielu bogów, wszyscy jednak pochodzili od wspólnego ojca, jak np. Uranos i bogowie greccy czy Prabóg i bogowie Słowian. To zresztą od razu jest dobrym przykładem, że nie tylko społeczności pierwotne wytwarzały wielobóstwo, również o wiele bliższe nam kultury, np. Grecy nie mieli potrzeby tworzyć jednego boga, który byłby wszechmocny. Dlaczego? Ponieważ panowała tam demokracja – władza rozproszona wśród ludzi nie potrzebowała silnej ręki jednego boga, co więcej, mogłoby jej to przeszkadzać.
Natomiast zauważmy co się zaczyna dziać, gdy dochodzą do władzy różnego rodzaju władcy absolutni – królowie, cezarowie czy faraonowie. Nagle politeizm wszędzie ustępuje monoteizmowi. W Egipcie Bóg Słońca Ra najpierw staje się ojcem faraonów, następnie oni sami przeobrażają się w bogów. Na bliskim wschodzie Tiamat, Shiva i reszta ustępuje Allachowi. Aleksander Macedoński sam musi okrzyknąć się Bogiem, co jednak zostaje bojkotowane, natomiast cesarzom rzymskim w pozbyciu się Jowisza, Marsa i spółki z pomocą przychodzi Wszechmogący Bóg chrześcijan.
W tym momencie w Europie politeistyczni pozostają jedynie Słowianie oraz ludy zamieszkujące Skandynawie, którzy niestety ulegają politycznym oraz militarnym argumentom chrześcijan, a sobory watykańskie strącają do czeluści piekielnych kolejnych aniołów, których cześć zbytnio urosła wśród ludu prostego. Los taki spotkał np. Uziela, archanioła, którego kult był zbyt silny, więc posądzono go o romans z śmiertelniczką i uznano za upadłego. I wszystko grało, jeden pan na ziemi, jeden pan na niebie. “Ręka rękę myje” więc jeden sankcjonuje władze drugiego, drugi odpłaca się tym samym a ludzie wiedzieli po czym stąpają.
Niestety, ludzkość poszła dalej, nauka oświeciła masy a ustroje się pozmieniały. W Europie mówi się o kryzysie Kościoła Katolickiego, w Ameryce w ogóle o kryzysie moralności. Religia się zestarzała a jednoosobowy Bóg tak naprawdę powoli traci już swój sens. Hermetyczne, stare zasady coraz gorzej radzą sobie z nowymi, bardzo ważnymi dla społeczeństwa terminami, takimi jak: aborcja, antykoncepcja czy zapłodnienie in vitro. Dlaczego? Znowu powstał rozdźwięk między religią a władzą. Nie potrzebny jest już jeden bóg który usankcjonowałby władzę jednego człowieka. Stąd się wziął kryzys religii. Nie reguluje już całego życia, stała się więc mniej potrzebna, drugoplanowa. To już przyjemność, nie obowiązek. Powstała swoboda polityczna, rekord popularności święci zatem swoboda religijna. Nic dziwnego, że na zachodzie triumf odnosi Buddyzm. Wiara bez Boga, skupiona na sobie, bez arbitralnego źródła zbawienia, bez odpowiedzialności za grzechy.
Świat jest “skołowany”, ludzie nie za bardzo wiedzą gdzie się znajdują, a coraz więcej wartości, w tym i religia, nie nadąża za zmianami. Aby to opisać, posłużę się cytatem z jednej z piosenek, wygrzebanej i nagranej na nowo przez Max’a Cavalerę*:
”Born as a blank page we must pick and choose
Our destinations and the paths we`ll use
What shall we say is sacred and will be abused
It`s no wonder the world is so confused”
Jesteśmy rozbici, stworzyliśmy dwa światy, które teraz nie współgrają – świat duchowy-monoteistyczny i realny. Rzeczywistości nie da się oczywiście odrzucić, więc albo świat duchowy znowu się dostosuje, albo straci swoją pozycję w jeszcze większym stopniu, niż jest to obecnie. Chrześcijanie już skompletowali cały panteon świętych, ale czy to wystarczy? Czy inni nadążą? Tego już niestety nie przemyślałem. Zresztą to nie zadanie socjologii, tylko astrologii.
* fragment utworu “I will refuse” z płyty zespołu Soulfly “3”
Jarosław –SaH- Gopek
