Czternasty dzień lutego. Kwiaciarki zacierają ręce, właściciele restauracji już długo, długo wcześniej planują ten dzień. Zakochani, z okazji ich święta, nakręcają machinę biznesu, by okazać miłość drugiej osobie. Czerwono-różowy dzień żniw. Wszędzie tylko: Love, love, love… (tłumaczenie z języka marketingowego na język polski: kasa, kasa, kasa). Niektórzy twierdzą, że święto to wytworzyło się przez stagnację handlową miedzy Bożym Narodzeniem a Wielkanocą, inni, że to amerykanizm, a kolejni, że walentynki to inny rodzaj starożytnych obrzędów wyszukiwania drugiej połowy. Dla mnie ten temat jest prosty i zamknięty – jest interes, jest kolorowo, ludzie się cieszą (oczywiście nie wszyscy, samotni mogą czuć się w ten dzień nie najlepiej) – wszystko jest w porządku. Zastanawiałam się jednak czy takie święto nie dyskryminuje singli… Zawsze po dniu babci jest dzień dziadka, po dniu matki – dzień ojca, no i oczywiście dzień dziecka, więc intuicyjnie zapytałam „dr Google”, co wie w tej sprawie. Kamień spadł mi z serca. Odpowiedział, że samotni, porzuceni, stare panny, starzy kawalerowie tzn. single mają również swoje święto! – 15 lutego wypada Dzień św. Faustyna, czyli Święto Singli. Niestety ten dzień nie jest, aż tak celebrowany, najprawdopodobniej ze względu na swoją krótką historię i małą atrakcyjność marketingową. Podejrzewam też, że dość niezręcznie jest wysłać do siebie pocztówkę czy obdarować się prezentem.
Wracając do dnia św. Walentego, opierającego się na miłości, zastanawiam się, na czym dziś opiera się miłość. Dr Helen Fisher amerykańska antropolog mówi, że zakochanie to nic innego jak chemia, której składnikami jest serotonina, dopamina, estrogen i testosteron. Dodając do tego jeszcze marketing i biznes wychodzi spora pigułka trucizny, która całkowicie zniechęca mnie do poddawania się jej działaniu. Moja niechęć jest na tyle poważna, że zachwiewa mój cały system percepcji świata zewnętrznego, który był budowany wiele lat dzięki historiom ze świata Królewny Śnieżki czy Księżniczki na ziarnku grochu. Tłumaczenie miłości jako reakcji chemicznej i jednoczesne wykorzystywanie jej do celów zarobkowych bezlitośnie rujnuje moją wizję „wielkiej miłości”, „księcia z bajki”, „tego jedynego” i innych komunałów, które widocznie razem ze św. Mikołajem powinnam zostawić już dawno temu, gdzieś w piaskownicy. Idąc dalej tym chemicznym, płytkim tropem zastanawiam się czy nie lepiej byłoby wprowadzić nowe określenia, np. zamiast „kocham cię” – „reaguję chemicznie na ciebie”, albo zamiast „cześć kochanie” – „cześć reagencie” czy też „tęskniłam za tobą katalizatorze”. Żeby jednak określenia te nie miały zbyt surowego wydźwięku można by je zdrabniać. Wyszłoby całkiem ciekawie „katolku”, „reagentku”, „katusiu”…
I tak znów rzeczywistość obdarła mnie z naiwności, że są na świecie wartości, którym nie da się odebrać ich nietykalności i niepodważalności. Naukowcy zawsze będą sprowadzać wszystko do racjonalnych teorii, tak jak ludzie będą zawsze szukać korzyści materialnych, co w połączeniu daje nieprzyjemne wrażenie uprzedmiotowienia ideałów. Jedyne, co mogę radzić wszystkim tym, którzy wierzą w miłość, jako transcendentalną siłę spajającą dwie osoby na zawsze, żeby teraz włączyli sobie bajki W. Disney`a, i oderwały się od racjonalności, zysku i logiki.
Podsumowując uważam, że dobrze, że są walentynki. Wiążą one ze sobą nadzieje, że może, chociaż raz w roku, jedna osoba na milion przypomni sobie, co i kto jest w jego życiu istotne, skupi się na miłości i wartościach, które nie mają nic wspólnego z nominałami, liczbami, zyskiem i sprawi, że święto zakochanych będzie obchodzić 365 dni w roku.
