19 listopada zeszłego roku w Poznaniu odbył się, uznany przez Prezydenta Miasta za nielegalny i ostatecznie spacyfikowany przez policję, marsz równości. Wydarzenia tamtego dnia odbiły się szerokim echem w polskich i zagranicznych mediach, budząc ogromne emocje zarówno po stronie przeciwników jak i zwolenników marszu. Dla jednych były wyrazem wszechobecnego braku tolerancji i poszanowania dla odmienności, dla innych stanowiły słuszną i konieczną konsekwencję wciągania na forum publicznej dyskusji tematów związanych z odmiennością seksualną.
Jakkolwiek by się jednak do wydarzeń owego dnia nie ustosunkować, bez wątpienia rodzą one pytania o granice wolności wypowiedzi. Jak daleko możemy się posunąć, wyrażając swoją odmienność czy tez światopogląd?
Dla wielu młodych ludzi którzy tydzień po uznanym za nielegalny poznańskim marszu wyszło na ulicę pod hasłem „Reanimacji Demokracji”*, wolność do wyrażania swoich poglądów stanowiła zapewne jedną z najcenniejszych swobód, której pogwałcenie wzbudziło w nich głęboki sprzeciw. Jak to jednak bywa zazwyczaj, ten medal także ma dwie strony.
Konstytucja naszego kraju, podobnie jak większość konstytucji krajów tzw. zachodnich, przyznaje obywatelom prawo do wolności wypowiedzi. Pytanie brzmi jednak – do jakiego stopnia, i na ile słusznie?
Wolność wypowiedzi to prawo do głoszenia swoich poglądów, nawet jeśli stoją one w sprzeczności z ogólnie przyjętymi sposobami pojmowania i osądu rzeczywistości.
Pomijając restrykcje prawne, zakazujące rozpowszechniania pewnego typu treści oznacza to, że każdy obywatel ma publiczne prawo głosu.
Prędzej czy później, konsekwencją swobody wypowiedzi staje się powstanie swoistego światopoglądowego Hyde Parku; i zjawisko to obserwujemy właśnie dziś w Polsce. A zatem mamy i wiernych słuchaczy i propagatorów myśli Tadeusza Rydzyka, i skrajnych antyklerykałów spod sztandarów Partii Postępu „Racja”. Mamy quasi-konserwatywną Młodzież Wszechpolską, i liczne młode ruchy feministyczne, ekologiczne czy zrzeszające homoseksualistów.
Jeśli więc opowiadamy się za prawem do wolności wypowiedzi, musimy liczyć się z konsekwencja takiej postawy; dajemy bowiem równe prawo do wypowiedzi Tadeuszowi Rydzykowi i Robertowi Biedroniowi.
W tym miejscu oczywiście niezmiennie przychodzą na myśl słowa Woltera, który powiedział kiedyś: „Nie zgadzam się z twoimi poglądami, ale oddam życie, abyś mógł je głosić”. I ta nad wyraz szlachetna postawa, jak się zdaje, leży u podstaw myślenia każdego kto opowiada się za wolnością wypowiedzi. U jej źródeł leży bowiem przekonanie, że bez względu na subiektywne wartościowanie, bez względu na poziom zgodności cudzych poglądów z naszymi własnymi, zobowiązani jesteśmy uszanować prawo ich autora do wypowiadania tychże. Osoby oburzone przebiegiem wypadków w Poznaniu zapewne zgodzą się z takim postawieniem sprawy. Odmienność poglądów nie może stanowić warunku wystarczającego do uniemożliwienia ich głoszenia.
Ale jeśli nie może nim być sama odmienność – to co? Coś bowiem musi stanowić wyraźną granicę między tym, co dozwolone, a tym, co zakazane. Bowiem nawet zwolennicy wolności wypowiedzi zgodzą się ze mną jeśli stwierdzę, że nie każdy pogląd wart jest propagowania, co więcej – są przecież i takie, które uznać możemy za niebezpieczne. Gdzie więc należałoby umieścić linię podziału między światopoglądem słusznym i niesłusznym? Kto miałby takie wyroki ferować? I chyba najważniejsze z pytań: według jakiego algorytmu powinny być dokonywane takie oceny?
Najprostsza z odpowiedzi jaka się wobec tych pytań nasuwa, brzmi: podstawowe kryterium oceny powinna stanowić szkodliwość społeczna. Ale ta zasada sprawdza się tylko na bardzo wysokim poziomie oczywistości, a szwankować zaczyna już w przypadku pojawienia się najdrobniejszych niuansów. Faktu iż demonstracji pod hasłem wysyłania jakiejkolwiek mniejszości do komór gazowych należałoby zakazać, raczej większość z nas nie neguje. Tymczasem gdy Prałat Jankowski wygłasza swoje kontrowersyjne kazania w których porusza temat Żydów, sprawa przestaje być tak oczywista i jednoznaczna. Dla jednych jest to wygłaszanie koniecznej i uczciwej krytyki wobec -jak wielu wierzy- zbyt ekspansywnej mniejszości. Dla innych z kolei jest to sianie nienawiści, ponieważ jak stwierdził Paweł Huelle podczas jednej z rozpraw w procesie jaki wytoczył mu Prałat, antysemityzm nie zaczyna się za bramami obozu w Auschwitz, ale staje się żywy z powodu głoszenia pewnych poglądów.
Jeśli więc uznamy, że negatywne wypowiedzi pod adresem danej mniejszości to już sianie nienawiści, możemy popaść w przesadną i zafałszowującą rzeczywistość poprawność polityczną. Z drugiej jednak strony jeśli unikając tej poprawności pozwolimy sobie na swobodne propagowanie takich krytycznych treści, bardzo szybko pojawią się w nich stereotypy, uprzedzenia i mity, co jest naturalną konsekwencją różnicowania społeczeństwa na grupę własną i obcą.
Dylematów i niejasności związanych z granicami wolności wypowiedzi jest wiele. Wolność słowa nie powinna stanowić wartości sama w sobie; stanowi cenną społecznie swobodę tylko wtedy, gdy służy społeczeństwu. Dlatego właśnie głoszenie poglądów nazistowskich czy też szykanowanie jest objęte zakazami prawnymi. Ale tutaj znowu problem rozbija się o definicję pożytku społecznego; co jest, a co nie jest społecznie korzystne? I znowu, odpowiedź na to pytanie jest oczywista tylko na poziomie działań niezaprzeczalnie nagannych.
Dla organizatorów marszu równości, idee poszanowania odmienności i tolerancji dla mniejszości stanowią istotną społecznie wartość; są fundamentem jedności międzyludzkiej. Dla przeciwników tego typu zbiorowych wystąpień, treści jakie są w ich trakcie głoszone nie tylko nie są społecznie korzystne, ale stanowią wręcz zagrożenie; propagują bowiem tolerancję dla takich sposobów społecznego funkcjonowania które w ich mniemaniu stoją w sprzeczności z szeroko pojętym interesem narodu. I na odwrót: dla organizatorów i zwolenników parad równości, poglądy jakie wygłaszają ich przeciwnicy są niesłuszne i niebezpieczne.
Prawo do swobody wypowiedzi nieść może ze sobą nie tylko korzyści, ale także i zagrożenia – właśnie z powodu trudności w ustaleniu stopnia szkodliwości danych poglądów czy działań. W gruncie rzeczy każdy z nas, w takim czy innym stopniu, życzyłby sobie zakazu propagowania pewnych treści. I nawet jeśli deklarujemy się jako gorliwi zwolennicy prawa do swobody wypowiedzi, z pewnością opowiadamy się także za zakazem propagowania poglądów które uznajemy za niebezpieczne. I tu pojawia się właśnie paradoks: każdy z nas, w takim czy innym stopniu, opowiada się za regulowaniem dopuszczalności pewnych treści do publicznego propagowania. I taka regulacja, zgodnie z polskim prawem, ma miejsce. Można by sobie wiec zadać pytanie, czy wobec narastającej ideologicznej kakofonii nie warto by uściślić granic słuszności pewnych poglądów?
Jeśli bowiem rozumieć cenzurę jako kontrolę nad publicznym przekazywaniem informacji oraz wyrażaniem myśli i przekonań (zgodnie z encyklopedyczna definicją), to już najmniejsza ingerencja w swobodę wypowiedzi może być traktowana jako przejaw cenzury. Polskie prawo zakłada regulację w dziedzinie dopuszczalności pewnych treści do publicznego rozpowszechniania – konsekwencją przekroczenia nakazów prawnych na tym gruncie staje się (lub przynajmniej powinno się stać) poniesienie kary. Taki stan rzeczy możemy traktować jako istnienie cenzury represyjnej; jest to jednak taka forma cenzury z której istnieniem w większości się godzimy, rozumiejąc konieczność istnienia pewnych regulacji w zakresie naszych swobód. Powodem naszej zgody jest również to, że zgadzamy się z istnieniem niebezpieczeństwa jakie pociąga za sobą głoszenie pewnych poglądów czy rozpowszechnianie pewnych treści.
Jednak w większości z nas pomysł wprowadzenia cenzury prewencyjnej budzi zdecydowany sprzeciw. Widać było to doskonale po poziomie poruszenia jakie wywołała wypowiedź Prezydent Kaczyńskiego w TV TRWAM, w trakcie której przedstawił się jako zwolennik poważnej dyskusji na temat wprowadzenia cenzury obyczajowej w Polsce. Większości z nas słowo „cenzura” kojarzy się nad wyraz jednoznacznie: prewencyjnie i politycznie. Można by się jednak zastanowić, czy w czasach tak wszechobecnej niejednolitości etycznej, obyczajowej i światopoglądowej; w czasach w których możliwe jest – właśnie skutkiem panującego pluralizmu światopoglądowego – zanegowanie dosłownie każdej wartości, wprowadzenie cenzury obyczajowej nie należałoby uznać za korzystne?
Istnienie cenzury jest, de facto, operacją wykonywaną na zbiorowej świadomości. Obawiamy się paść ofiarami ideologicznych manipulacji, chcąc pozostać w błogiej nieświadomości faktu, że jesteśmy nimi każdego dnia. Celem cenzury prewencyjnej jest niedopuszczenie do rozpowszechniania w społeczeństwie pewnych treści. Skutkiem cenzury obyczajowej jest kształtowanie pożądanego (dla cenzorów) światopoglądu. Pozwólmy sobie zatem na puszczenie wodzy wyobraźni i zadanie sobie pytania, cóż złego byłoby w tym, że nasze dzieci wychowywane byłyby w rzeczywistości społecznej w której to co dobre i to co złe byłoby jednoznacznie określone, a treści niezgodne z kanonami poprawności światopoglądowej nie byłyby dopuszczane do rozpowszechniania. Może właśnie jednoznaczne i ostateczne określenie tego jakie poglądy są słuszne, a jakie nie, stanowić może jedyne remedium na etyczne bolączki współczesnego świata?
Rzecz jednak w tym, że cenzura obyczajowa musiałaby zasadzać się na pewnym jasno sprecyzowanym i nieprzekraczalnym systemie wartości, według którego ustalane byłyby algorytmy oceny stopnia prawomyślności poglądów, które miałyby być publicznie prezentowane. Kto miałby prawo określać za nas, co jest dobre, a co złe? Komu dalibyśmy władzę wydawania wyroków w kwestiach światopoglądowych?
Już sam pomysł obdarzenia pewnej instytucji czy pewnego grona osób tak ogromną władzą, tak wysokim stopniem kontroli nad społeczną świadomością, budzi w nas niepokój. Wiemy przecież doskonale, że każda cenzura prędzej czy później, stawała się prywatnym narzędziem manipulacji tych, w których rękach spoczywała kontrola nad nią. I jeśli nawet naiwnie założymy, że w przypadku cenzury obyczajowej do takich wypaczeń by nie doszło, to jedno niepokojące pytanie wciąż pozostawałoby aktualne: czy oddanie wytworów rzeczywistości społecznej pod moralny osąd państwowych instytucji nie zdejmowałoby z nas tak koniecznej i wartościowej odpowiedzialności za kształtowanie i umacnianie własnego systemu wartości?
* Elbląg, 27 XI 2005, Pl. SłowiańskiGdańsk, 27 XI 2005, Plac Trzech Krzyży
Kraków, 26 XI 2005, Rynek Główny
Łódź, 27 XI 2005, Pasaż Schillera
Rzeszów, 27 XI 2005, Urząd Wojewódzki
Warszawia, 27 XI 2005, Pl. Konstytucji
Poznań, XI 2005, ul. Półwiejska
Anna Sondej
