Wielkanoc | Kontekst

Wielkanoc?

Pisanie ma swoje etyczne strony. Z jednej – piszemy dla ludzi, zdając sobie sprawę, że jest to środek opiniotwórczy, unikamy prawdy, popieramy slogany, wierząc, że prawda bywa rażąca i niekiedy szkodliwa. Z drugiej strony zastanawiamy się, jak długo można przekłamywać ludzi (również by nie wzbudzać taniej sensacji) i poszerzać zabobonny sposób myślenia? Świat ma swoją historię, a każdy kościół własną.
Wielkanoc. Czas wolny od zajęć, słynący z rokrocznych emisji „Quo vadis” i Karguli z Pawlakami, świąt pełnych barw i radości…

Tu prawdopodobnie tkwi jedyny obszar zgodny z rzeczywistością. Święta wielkanocne, to upamiętnienie zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Prawda? Teraz i owszem. Niekoniecznie kiedyś. Historycznie swoje korzenie zawdzięcza pogańskiemu świętu Równonocy, skąd i sposób wyznaczania daty obchodzenia, i sama symbolika. Święto ruchome, jakim jest najważniejsze święto chrześcijańskie, wyznaczane poprzez pierwszą pełnię Księżyca występującą po przesileniu wiosennym, raczej nie brzmi wiarygodnie w religii, która odcięła się od astrologii i „praktyk szatańskich”, czy jakkolwiek byśmy to nazwali. Asymilacja świąt, to zaledwie administracyjny sposób radzenia sobie z problemami międzywyznaniowymi w miejscu ścierania się wierzeń. Zamiast siłą wykorzeniać, czasami warto poszukać drogi obopólnej satysfakcji… (Prawda niepoznana dotąd przez naszą krajową politykę). Poganom, zawdzięczamy wielkanocne jajka, jako symbol życia i odrodzenia, których zwyczaj malowania, okraszania i ozdabiania miał mieć zbawienny wpływ dla domostw i domowników, zająca związanego znaczeniowo z płodnością, sól i chleb nawiązujących symboliką do życia i oczyszczenia, lany poniedziałek i tak dalej, i tak dalej…

Religia chrześcijańska odbiegła daleko od pierwotnych wzorców, odsunęła się od nowotestamentowego święta Paschy, jako pamiątki śmierci Chrystusa, ku radośniejszemu świętu Zmartwychwstania (trudno zrozumieć tę dobrowolność wyboru). Czasami co prawda mam wrażenie, że obchodząc to radosne święto odsuwamy zupełnie w kąt wielkie poświęcenie Chrystusa, które stanowi podwaliny naszej wiary i jest rzeczywistym powodem do radości, z drugiej strony cieszę się oczywiście jako chrześcijanka niezmiernie, że w naszej religii istnieje chęć biblijnego wychwalania Pana w sposób radosny, bywa że i bębnem i tańcem, bo wiem, że wiele lat stypy jaką narzucił kościół w obrządkach i ceremoniach kościelnych, zniechęcił wiele osób i zaburzył sposób odbierania nas przez innych. Bogu dzięki, coraz częściej kojarzymy się z miłością i radością.

Nasze tradycje ulegają modyfikacji. Podobnie jak w Boże Narodzenie nie oczekuje się, że staropolskim zwyczajem w izbie stanie snopek siana, przystrojony papierowymi ozdobami, a niemieckopochodna choinka z bombkami, tak nikt nie pamięta o tradycyjnych polskich zwyczajach pogrzebu żuru i przybijaniu śledzia, ale za to zawsze pamiętamy o prezentach od „zajączka” i czekoladowych figurkach. Przemysł czekoladowy być może wpadnie kiedyś na pomysł, żeby ujednolicić formę figurki i zmieniać im okazjonalnie sreberka: w Boże Narodzenie figurkę – Mikołaja, w Wielkanoc – króliczka, w Boże Ciało – baranka, raczej nie ukrzyżowanego Jezusa nieskłonnego do wzbudzenia w nas apetytu… (Czy zjedlibyście figurkę czekoladowej Matki Boskiej? Miłość do czekolady czy obrazoburstwo?).

I jeszcze jedna refleksja wielkanocna… Im dłużej człowiek zagłębia się w wiarę chrześcijańską, tym bardziej zastanawia się, jak przerażająca bywa ona dla ludzi innej wiary. Fakt rywalizacji w polskich wsiach i miastach o największą, najdorodniejszą palmę wielkanocną, ustępuje dla mnie zupełnie miejsca zwyczajowi wykonywania jak najpiękniejszego Grobu Chrystusa, a znając pomysły polskiej telewizji doczekamy się być może reality-show „Kogo bardziej kocha Stwórca”, w którym na polu walki zaprawione do boju wychowanki i wychowankowie Kościoła, będą walczyć nie tylko o wiedzę, lecz także o większy krzyż, dorodniejsze gwoździe, realistyczność ran, lub na kształt robinsonów, wyruszą w poszukiwaniu świętego Graala…
Być może wydaje się to teraz śmieszne, ale jeszcze kilka lat temu w średniej wielkości miasteczku z inicjatywy obywateli miał powstać siedemnastometrowy krzyż… z zagospodarowanym terenem i ławeczkami skierowanymi w kierunku pięknej rozpościerającej się szeroko panoramy miasta. Wizja randki przy zachodzącym słońcu z krzyżem gigantem za plecami wydaje mi się raczej nieszczególnie kusząca. Ale to rzecz gustu… Jednak najistotniejsze dla mnie jest to, co wypłynęło z kłótni z osobą, którą niestety zdało mi się uważać za kompetentną do rozmowy. W ostrej wymianie argumentów zadałam proste pytanie – Ale na co Ci ten wielki, metalowy, siedemnastometrowy krzyż?! Odpowiedź była dla tej osoby tak prosta i oczywista, że nie dostrzegła prostego błędu, który wprawił grupę osób w otoczeniu w osłupienie… – Bo ja się będę do niego modlić… W tym momencie myślę, że bez przesady, warto jest wiedzieć w co się wierzy i co jest istotne, gdzie zachować umiar, gdzie równowagę, gdzie zapomnieć o przesadnie konserwatywnych zasadach, a szczególnie pamiętać, że mamy wolny wybór, z którego nie zawsze powinniśmy tak dobrowolnie korzystać…

Kinga Pełka


Dodaj własny komentarz